Nasze moce – supermenki w mojej rodzinie

choinka3-strona2Moje wnuczki w przedszkolu dostały paczki od Mikołaja. Potem dostały paczki od okazjonalnego Mikołaja – kolejne słodycze. Później poszły na spotkanie z Królową Śniegu, gdzie znowu dostały słodycze w paczce. Starsza wnuczka ze skrzywioną miną powiedziała: „Eee, znowu słodycze?!”. I tutaj córka zaczęła tłumaczyć: „Nie mamy tyle pieniążków, duże prezenty będą pod choinkę.” I to chyba wyzwoliło moce kreacji moich wnuczek.
Dwa słoneczka wzięły sprawy w swoje ręce. Gdy znalazły się na jarmarku świątecznym, gdzie losowano choinki w zamian za zakupy wyrobów dzieci ze szkół, z całą dziecięcą radością biegały, rozsiewając radość po wszystkich ludziach wokół. I wtedy taka zakamuflowana Dobra Wróżka podeszła do mojej córki i wręczyła jej dziesięć losów: „Proszę, może córki wygrają, ja nie potrzebuję choinki”.
W momencie kiedy doszło do losowania córka stwierdziła: „Nie będę się przepychała, idzie sobie do Mikołaja” . Oczywiście dwa małe słoneczka przechodząc pod pachami stojących ludzi, przedostały się tuż obok Mikołaja. I co się okazuje, po wielkim napięciu podczas losowania, bo choinek ciągle ubywało: pięć, cztery, trzy, dwie i… pada wymarzony numer. Dwumetrowa choinka jest dla moich wnuczek. Wyobraźcie sobie dwa maluchy, jeden metr-dwadzieścia, drugi metr-dziesięć targające przez tłum dwumetrową choinkę wprost przed oblicze mamy. I teraz z opromienionej szczęściem buzi padają słowa, te najpiękniejsze w oczach matki brylanty:
- „Mamusiu nie cieszysz się? Nie będziesz musiała wydawać pieniążków!”
Każda matka wie teraz co czuła moja córka. W głowie kłębiło się jej szczęście dzieci, droga tramwajem z dwumetrową choinką, ponieważ kiermasz był w innym mieście i dwa słonka, które są w ciągłym ruchu, do przypilnowania. I co się okazało, jak już wtargały choinkę do tramwaju i córka przeprosiła współpasażerów za niewygodę, ponieważ choinka została wygrana przez moje dzieci i musimy dojechać do domu, atmosfera zrobiła się świąteczna a ludzie zarazili się szczęściem moich wnuczek, uśmiech zagościł na ich twarzach i życzyli sobie wesołych świąt.
Napisałam to po to, aby obudzić we wszystkich, którzy to czytają moc radości, która uruchamia wszystkie moce jakie posiadamy. Moc wiary, moc kreacji a na końcu najpotężniejszą moc miłości, która może objąć już nie tylko tramwaj ale cały świat, bo wszystkie moce już posiadamy, wystarczy tylko je uruchomić. To miłość jest tym, co puka do naszych serc.
Czyż takie dzieci, jak już dorosną nie mają dużych szans na wygraną w totolotka? Przez całe święta będą patrzyły na swoją wielką wygraną – zajmuje całe mieszkanie. I czy nie warto się zastanowić gdzie w nas mieszka nasza bieda? Gdzie chowa się przed nami Dobra Wróżka, tak zwana okazja w naszym dorosłym życiu? Może wystarczy się uśmiechnąć a Dobra Wróżka stanie przed nami w całej okazałości. A wewnętrzna bieda pójdzie do tego, kto jej potrzebuje.

Jaka to bajka?

arte-fm-9045-DSC07789Grudzień to taki magiczny czas. Dookoła już świąteczne dekoracje. Przypomnij sobie co czułeś/czułaś jak byłaś/eś małą dziewczynką/ małym chłopcem a wokół ciebie wyrastały choinki, rozświetlały się lampki a powietrze też pachniało magią.
„Śpiesznie zapaliła trzecią. Płomyk strzelił w górę, zamigotał i rozprysnął się na wszystkie strony, iskrząc się w powietrzu niby świeczki na choince. Ach, choinka! Tuż przed nią stoi wspaniała, wielka, jaśniejąca światłami, piękniejsza i strojniejsza od tej, którą widziała przez szklane podwoje w mieszkaniu bogatego kupca. Ileż świeczek! Tysiące! Takie ciepłe, jasne. Dziewczynka wyciągnęła ku nim obie rączki… a wtem zapałka zgasła. Ale maleńkie iskierki unosiły się w górę, coraz wyżej, wyżej i zajaśniały między gwiazdami na niebie. Och, jedna spadła, i smuga ognista zagasła za nią.
— Ktoś umarł — cicho szepnęła dziewczynka, bo słyszała od babki, którą kochała bardzo, że kiedy gwiazda spada, to dusza człowieka odlatuje z ziemi do nieba. Znów zapłonęła zapałka i w świetle, które zajaśniało, dziewczynka ujrzała tę najdroższą babunię, całą jaśniejącą ciepłym, łagodnym blaskiem. Staruszka z miłością patrzała na wnuczkę, uśmiechała się do niej.
— O, babciu, weź mnie z sobą! — zawołało dziecko. — O, weź mnie, babciu! Ja wiem, że ty znikniesz, skoro zapałka zgaśnie, jak zniknął piec ciepły, gęś i choinka. O, nie znikaj, babciu!
Drżącą z pośpiechu i mrozu rączyną zapaliła dziewczynka całe pudełko od razu, tak bardzo chciała zatrzymać babunię. I buchnął jasny płomień, jaśniejszy od słońca, i babka nigdy tak piękna nie była, tak płomienna i jaśniejąca. Uśmiechnęła się znowu do małej dziewczynki i wzięła ją na ręce. Teraz podniosły się obie wysoko, coraz wyżej, ku gwiazdom, ku światłom wspaniałym, gdzie nie ma głodu, chłodu ani trwogi, aż przed tron Boga.
Nazajutrz w kąciku pod murem, ujrzano zmarznięte ciało dziewczynki. Na twarzy miała uśmiech na ustach, w dłoni spalone pudełko zapałek. Dzień noworoczny powitał ją blaskiem jasnego słońca, ludzie ze współczuciem patrzyli na drobne biedactwo.
— Chciała się ogrzać — rzekł ktoś, pokazując na spalone zapałki.
Nikt się nie domyślił, co widziała przed śmiercią w świetle tych kilku”
A teraz wyobraź sobie, że masz w ręce ostatnie dwie zapałki. Co w sobie masz takiego co mogą oświetlić twoje ostatnie dwie zapałki a co jest takiego na co chciałabyś/chciałbyś przeznaczyć wszystkie zapałki jakie posiadasz. Wiedząc, że następnych już nie będzie. W ten magiczny czas wszystko jest możliwe. Zajrzyj w siebie.
***


Jak żyć?

Był w moim życiu taki okres, kiedy czułam się jak wielki NIKT. I królowała w moim życiu ta piosenka:
„Miałam siebie na własność
Ktoś zabrał mi prywatność
Co mam zrobić bez siebie, jak żyć
Bez siebie, jak żyć

Miałam słowa własne
Ktoś stwierdził, że zbyt ciasne
Co mam zrobić bez słów, jak żyć
Bez słów, jak żyć

Miałam serce dla wszystkich
Ktoś klucz do niego obmyślił
Co mam zrobić bez serca, jak żyć
Bez serca, jak żyć

Miałam myśli spokojne
Lecz ktoś wywołał w nich wojnę
Co mam zrobić teraz, jak żyć
Jak teraz żyć.”
***
Ja już pożegnałam ktosiów.
I co się okazało?
Że tylko „Ja” mi zostało.
I teraz dopiero zrobiło mi się samotnie.
Ale wolę to stukrotnie.



I teraz wybierz Ty, czy wolisz w gromadzie ktosiów, czy samotnie bez poczucia winy. Bo dopiero wtedy sami siebie widzimy.
A teraz trochę prywaty. Wczoraj odniosłam wielkie zwycięstwo. Skoro test powiedział, że jestem niewinna, to wygląda na to, że nawet ktosie to zauważyły. Bo nic nie jest prawdą, tylko naszym złudzeniem, dopóty, dopóki nie stanie się przejawieniem.
W NASZEJ RZECZYWISTOŚCI :D
***
Byłam samotnym makiem, jestem dziewczynką z wiankiem.

mak_dziewczynka

Prawda

Prawda
Wiele miejsc wokół nas jest takich, gdzie prawdy sypią się jak brokat. I cóż z tego, kiedy niebo wysoko, ziemia nisko i choćby wszyscy święci wysypali tony brokatu, to mieni się on tylko przez chwilę i spada. Czyżbyśmy potrzebowali całej płachty foli aluminiowej? A może potrzebujemy kupić prawdę w supermarkecie. Czymże jest ta prawda, że wydaje się być przed nami tak ukryta. Kiedyś napisałam i w dalszym ciągu jest to aktualne:
Kupiłam sobie prawdę w supermarkecie. A ponieważ była promocja, to wszyscy ludzie wyrywali sobie ją z rąk. Pokażcie mi, kto nie zna prawdy?
Przyszłam do domu, rozpakowałam. Co się okazało? Że moja prawda jest mięciutka, różowiutka i pachnie gumą balonową. No to hop do buzi, mówię. I zaczynam żuć. Nawet nie możecie sobie wyobrazić tego co czuję. Żuję i czuję, czuję i żuję i się nią rozkoszuję. I tak mi chodzi po głowie, co by to było gdybym chciała przekazać moją prawdę. Przecież nie przyjmiecie mi czegoś, co wyjmę z buzi i wam podam (małe dziecko nie miało by żadnych obiekcji :) ). Chcę tylko abyście poczuli jak ja. Co czuję jak żuję, jak żuję co czuję i aby wasza prawda stała się też taka mięciutka, różowiutka i aby pachniała gumą balonową.
Dlatego właśnie lubię smerfy.

Moja droga z Reiki.

Reiki zapukała do mojego życia w momencie kiedy trzęsłam się jak galareta ze strachu i bardzo, ale to bardzo chciałam aby ktoś mnie przytulił. Choćby tylko po to abym nie słyszała tego przeraźliwego dzwonienia moich zębów. Krążyłam w moim życiu wtedy w miejscu, jak helikopter, który się obraca dookoła i ma zamiar zaraz spaść. Aż tu nagle słyszę, puk, puk. I odpowiadam warknięciem: „Kto tam.” Odpowiedź zaskoczyła mnie bardzo. To ja Bóg. Mam dla Ciebie sposób. Prosiłaś mnie o przytulenie i jestem. Sposób, który podarował mi Bóg nazywał się Reiki. Idę sobie dróżką ubrana w swoje oczekiwania, w swoje pretensje,  w swoje niewiary, w swoje krzywdy. Obok mnie idą, ledwo się mieszcząc na tej dróżce, wszyscy oni, którzy są winni temu, że ja się czuję taka winna. Patrzę, przystanek. Siadam. Przystanek nazywa się pierwszy stopień reiki. Mistrz, ciepły, dobry człowiek mówi: „Dobrze by było abyście otworzyli serca na drugiego człowieka”. Przekazuje nam opowieści o historii reiki, o pozycjach i stwierdza: „Teraz jesteście czystym kanałem do przepływu energii reiki”. A ja sobie siedzę na tym przystanku z walizeczką narzędzi, których ani umiem zastosować ani rozumiem. A co było dalej napiszę przy następnym spotkaniu. Mój stan najlepiej obrazuje ta piosenka:

„Jedyna co mam” – Czerwony Tulipan

Wiara – ciepły, miękki i puchaty koc.

Właśnie teraz koło mnie doświadczenia związane z wiarą jakby się skumulowały. Moja córka ma mieszkanie w jednym korytarzu z młodym chłopakiem – listonoszem. Często rozmawiałyśmy o tym, że ponieważ dziewczynki rosną, przydałby jej się jeszcze jeden pokój. Często wtedy słyszałam „A co ty mamo gadasz, tutaj nie mam żadnych szans na jeszcze jeden pokój”. A tutaj odpowiadałam, opowieścią, która bardzo lubię: „Nie znasz całości obrazu. Uwierz w to, że jeżeli chcesz dla siebie i swoich dzieci zmiany na lepsze, to możesz to sobie wykreować.” Pewnego dnia moja córka dzwoni: „Mamo nie uwierzysz, ten chłopak, który mieszka w moim korytarzu po niewyleczonej grypie zmarł na serce.”. Dzisiaj rodzina opróżniała mieszkanie i moja córka wpadła w doła. Pierwsza refleksja, to jak mało po tym człowieku pozostało. Czapka listonosza, zdjęcia, jakieś książki. A reszta na śmietnik. Jaki to wszystko ma sens? To nasze dorabianie się, walczenie wszystko. Wystarczy chwila i nas nie ma. I teraz mamo nie jestem przygotowana finansowo na wyremontowanie tego mieszkania. W tym stanie nie można tam zamieszkać. Moja córka jest takim typem jak ja, czyli hop do przodu i wiem, że teraz właśnie potrzebuje dużego zastrzyku wiary, aby ruszyć do przodu. Pewnie za parę miesięcy będziemy się obydwie z tego śmiały. A dzisiaj piękne jest to, że zgłosiło się już kilka koleżanek ze znajomościami budowlanymi oraz koleżanka z finansami, która może mojej córce pożyczyć na kilka miesięcy gotówki. I czyż można nie uwierzyć w to, że wiara czyni cuda a poza tym nie znamy całości obrazu:

Stary człowiek miał pięknego konia i mimo swojego ubogiego życia, nie zamierzał go sprzedawać. Wszyscy w wiosce traktowali go jako głupca i dziwaka, ale on powtarzał, że przyjaciół się nie sprzedaje, a koń jest dla niego przyjacielem. Któregoś dnia koń zniknął i cała wieś śmiała się ze starca, a zwłaszcza z jego głupoty, przez którą ich nie słuchał i nie zarobił na koniu. Starzec na to mówił: „Nikt nie zna całego obrazu, po prostu koń zniknął, a to nie jest ani dobre, ani złe. Nie znamy książki po przeczytaniu trzech stron”. Ponieważ po paru dniach koń wrócił przyprowadzając kilkanaście innych, wieś przyznała mu rację, zazdroszcząc bogactwa i tego, że teraz starzec ma trzydzieści koni. Starzec na to odpowiadał, że nikt nie zna całego obrazu po prostu koń przyprowadził inne konie, a to nie jest ani dobre, ani złe. Cała wieś uważała, że tylko wrodzonej głupocie zawdzięcza to, że nie rozumie szczęścia, które go spotkało. W tym czasie jego syn, jedyny i ukochany, zaczął ujeżdżać konie i spadając połamał sobie obie nogi. To uczyniło z niego kalekę. Teraz wieś lamentując mówiła, że to wielkie nieszczęście. Wszystko przez te konie. Teraz masz syna kalekę, który nie będzie ci pomocny – mówili. Na to starzec, jak mantrę powtarzał: „Nikt nie zna całego obrazu, po prostu syn złamał obie nogi, a to nie jest ani dobre, ani złe”. Czas mijał i czasy stały się niebezpieczne. Wybuchały wojny. Z wioski zabrano wszystkich zdrowych mężczyzn i wcielono do armii. Tylko kaleka pozostał. Ponieważ wszyscy zginęli i nikt z młodych nie wrócił do swoich rodzin, wieś przyznała rację starcowi, że chociaż syn jest kaleką, to jest z nim, a ich dzieci chociaż były zdrowe, już nie żyją. Starzec na to po raz kolejny powtórzył: „Nikt nie zna całego obrazu”.

 A tutaj coś dla tych którzy chcą uwierzyć.

Prezent od ojca

RTEmagicC_diamond3_01.jpgGdy postanawiamy zejść na ziemię, woła nas do siebie Ojciec, sadza nas na kolanach i staje się światło. Mówi do nas tak: „Moje dziecko, wiesz, że kocham Cię najbardziej na świecie. Jesteś kawałkiem mnie, jesteś światełkiem, które chce iść na ziemię i rozświetlać innym drogę. Chciałbym Ci dać prezent, który będzie z Tobą szedł, aż wrócisz znowu do mnie. Ten prezent nigdy nie zniknie. Możesz go tylko tak głęboko schować, że nie będziesz mógł go później odnaleźć. Ale on i tak zawsze będzie z Tobą.” Otwieramy rączki i Bóg wkłada nam w nie wspaniały brylant. I Ty który czytasz, zamknij teraz oczy i przypomnij sobie, jak pięknie bawiły się z Tobą kolory, którymi mienił się brylant, który dostałeś od swojego Ojca. Co z nim robiłeś, jak się bawiłeś. Cały czas w brzuszku mamy bawisz się tym brylantem do woli. Zaczynasz się rodzić i tak sobie myślisz: „Kurczę, trzeba coś z tym zrobić, przecież to zgubię po drodze.” Składasz rączki na serduszku a ponieważ brylant od Twojego Ojca nigdy nie był twardy, hop i już jest w środku. Wychodzisz na świat i świecisz. Dlaczego tak kochamy małe dzieci, dlaczego ciągnie nas, aby je całować? Dlaczego chcemy bardzo blisko nich przebywać? Może dlatego, że już zapomnieliśmy, że nasz Ojciec każdemu z nas wręczył na drogę taki brylant w którym zamknął wiarę, nadzieję i miłość. I to my schowaliśmy go do własnego serca. Zapomnieliśmy tylko, do czego go używać. Może wyjmijmy go teraz z serca, połóżmy go na własnych rękach i odpowiedzmy sobie na kilka pytań. Zamknij oczy i zobacz, że na Twoich rękach leży kawałek Boga i nas pyta: „Dlaczego nie wierzysz w siebie? Dlaczego nie wierzysz, że jesteś pełnią? Dlaczego nie wierzysz, że jesteś miłością? Dlaczego nie wierzysz, że jesteś zdrowiem? Dlaczego nie wierzysz, że jesteś mocą największą we wszechświecie? Takim Cię uczyniłem. Jeżeli umiałeś schować samego siebie,to umiesz też wyjść i uwierzyć, że Ja to Ty a Ty to Ja. I nic innego nie istnieje. Jesteś pełnią. Jesteś miłością. Jesteś zdrowiem. Jesteś mocą największą we wszechświecie. Jesteś wiarą, nadzieją i moją największą miłością. UWIERZ a stanie się światłość.
Bo poza światłem nic innego nie istnieje. Bo to z mojej miłości i mojego światła zbudowany jest cały ten świat.

Latające pudełko

Moja wnuczka:

- Mamo kupisz, no kupisz?

- Przestań nie kupię, bo pieniądze nie rosną na drzewach.

Mija dzień i noc.

Moja wnuczka: „Mamusiu idź spać i tam idź pod to drzewo, bo tam pod tym drzewem leży bardzo dużo pieniędzy. Pozbieraj, przynieś i kup mi tą zabawkę. ”

I słyszę od córki w telefonie:

- Mamo, czy ty słyszysz co ona mówi?

- Tak, słyszę. Marcelinko powiedz babci, co tam jeszcze jest?

- A tam są elfy babciu i królewny i szafa w której się chowam i która się sama przesuwa. Chowam się bo tam mnie nie znajdzie Oliwia. I moje zaczarowane pudełko do którego wchodzę i latam.

- Pięknie słoneczko – odpowiadam.

[...] A gdzie jest Twoje zaczarowane pudełko?

Ciasto

placek-drozdzowyDo czego potrzebny nam przepis? I tutaj słyszę w mojej głowie: „Ano do tego, coby upiec dobre ciasto”. I tutaj, gdybyście mnie widzieli, zobaczylibyście rumieńce wstydu na moich policzkach a w mojej głowie awanturująca się moją podświadomość. I taki dwugłos: „Nie zrobisz tego. Zrobię. Nie zrobisz tego. Zrobię. Nie zrobisz tego. Zrobię”

A teraz możecie czytać dalej. Moje pierwsze ciasto to :) Mam nową stolnicę. Wysypuję na nią mąkę, oczywiście najlepszą jaka dostałam. Wybijam do mąki jajka, oczywiście od najlepszych kur. Dodaję masło, oczywiście ocieplone. Cukier, proszek do pieczenia to ostatnie elementy mojego ciasta. Zagniatam wielki placek. Piecze się. Pilnuję, zachwycam się i znowu pilnuje. Wyjmuję z piekarnika i co to. Moje ciasto nie da się ukroić. Wynoszę szybko do śmietnika. Sprawdzam, czy da się go przełamać, jak uderzę o pojemnik. Nie dało się. Siedzę na stołku, konsternacja. Łzy płyną po moich policzkach.

Czy potrzebny jest przepis aby kochać, aby żyć, aby pozwolić sobie być? Ja nie podam Ci przepisu ale podam Ci lusterko. Nie wiem czy lepszy jest przepis czy lusterko. Temu co zobaczysz w lusterku będziesz mógł dać w zęby a wtedy lusterko się potrzaska i siedem lat nieszczęścia. I teraz rodzi się malutki, różowiutki, uśmiechnięty lęk. I co od niego usłyszysz: „Wiem, że we mnie wierzysz, bo inaczej nie urodził bym się u Ciebie. Zaopiekuj się mną”. Ile lat będziesz się opiekował swoim lękiem. Siedem?, siedemnaście czy sto siedem? Eee, sto siedem to nie. Bo w to, że będziesz żył sto siedem to Ty nie uwierzysz.